Franz Wittek był szefem siatki konfidentów kieleckiego Gestapo. To „diabeł” w ludzkiej skórze, bo miał szatańskie metody niszczenia ludzi. Zastrzelił osobiście kilkudziesięciu Polaków. Wrzucał polskie dzieci do rozpalonego ogniska i żywcem je palił na oczach rodziców. Do Polaków odzywał się słowami: „ty polska świnio”.
Wzbudzał strach i grozę wśród mieszkańców Kielecczyzny w czasie niemieckiej okupacji. Miał niesamowite szczęście, bo przeżył aż jedenaście zamachów na swoje życie. Zginął za dwunastym razem w 1944 roku w Kielcach.

Wittek miał swojego protektora w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) w Berlinie. Szef kieleckiego Gestapo SS-Haupsturmfuhrera Karl Essig i jego zastępcy natychmiast wykonywali jego prośby (polecenia). Jeszcze w 1940 roku był oberleutnantem (porucznikiem). Brak informacji jaki stopień posiadał w 1944 roku.
Diabelskie szczęście Wittka
Wittek przeżył aż 11 zamachów na swoje życie. Wydawało się, że jest nieśmiertelny. Sprzyjało mu diabelne szczęście. Zyskał przydomek „diabeł”. Ten największy łotr Kielecczyzny zginął dopiero 15 czerwca 1944 roku w Kielcach. Wcześniej planował uciec do Hiszpanii. Nie zdążył. Szybsi byli żołnierze Armii Krajowej.
W czasie wojny Wittek mieszkał w Słupi Nowej, Mirocicach, a następnie w Kielcach. Jego prawdziwe imię to Franz, a Hansem nazywali go partyzanci i mieszkańcy Kielecczyzny. Przycięta w klin czarna, hiszpańska bródka stała się przyczyną nadania mu przydomka „Szpicbródka”. Najlepiej znał język niemiecki, dobrze mówił po polsku. Znał także chorwacki i hiszpański.
Wittek w „Piątej kolumnie” przed wojną.
Wittek pochodził z Chorwacji. Mieszkał w Niemczech skąd został skierowany do Polski w celu wykonania specjalnych zadań wywiadowczych. Był rok 1930. „Piąta kolumna” – antypolska działalność mniejszości niemieckiej w Polsce właśnie zwiększała swoją aktywność. Wittek był jej ważnym ogniwem.
Działał blisko polskiego przemysłu zbrojeniowego. Od 1934 roku pracował z przerwami jako technik w zakładach zbrojeniowych w Starachowicach. Przeprowadzał rozpoznanie i informował Berlin.
W styczniu 1940 roku do Starachowic zjechało Gestapo, a jako tłumacz występował były pracownik Wittek. Tytułowano go oberleutnantem (porucznikiem). Po jego donosach aresztowano wielu byłych wojskowych zatrudnionych przed wojną w Zakładach Starachowickich przy odbiorze uzbrojenia. (Karol Liebert – „Ewidencja W16”, Londyn 1980).

Rodzina Wittka
W 1938 roku Wittek zamieszkał w Mirocicach, w gminie Słupia Nowa u nauczycielki miejscowej szkoły Stanisławy Herkiel, mającej dwie córeczki w wieku około 5 i 7 lat. Pochodziła z Oświęcimia, a przeprowadziła się z Raszyna pod Warszawą.
Herkiel akceptowała jego zbrodniczą antypolską działalność. Jak twierdził Wittek, ślub wzięli w Oświęcimiu, chociaż nie ma oficjalnego potwierdzenia w dokumentach.

Franz Wittek udaje polskiego patriotę
Przez pierwsze dwa lata wojny (wrzesień 1939 – kwiecień 1941) Wittek udawał polskiego patriotę. Mieszkał w Słupi Nowej i Mirocicach. Odznaczał się nie tylko wielkim sprytem i przebiegłością, ale doskonałą pamięcią i nieprzeciętną inteligencją.
Wysoki, elegancki, przystojny brunet w wieku poniżej czterdziestu lat, ujmujący i kurtuazyjny sposób bycia, błyskotliwy dowcip. Szybko zawierał upatrzone znajomości z Polakami.
Nigdzie nie pracował, a zawsze miał pieniądze. Werbował ludzi do pierwszej polskiej organizacji antyniemieckiej „Orzeł Biały”, słuchał z nimi zakazanego radia. Zakładał nowe organizacje przeciw Niemcom, zalecał zbieranie broni.

Stawiał wódkę w restauracji Dutkiewicza i prowadził konspiracyjne pogawędki przy kieliszku. Niektórzy mieszkańcy Słupi Nowej zaczynali podejrzewać Wittka o współpracę z Niemcami, ale brakowało dowodów.
Wittek miał niezwykle czarne, duże, błyszczące oczy. Nawet podczas spokojnej rozmowy z nim odnosiło się wrażenie, że swym wzrokiem przewierca do głębi człowieka i czyta jego myśli. Każdy, kto go widywał, zapytany o jego wygląd, odpowiadał, że miał on straszne, niesamowite oczy.
Zabójstwo prezydenta Kielc
Prezydent Kielc Stefan Artwiński został zamordowany przez Niemców w listopadzie 1939 roku. Wittek brał udział w bestialskim przesłuchaniu i egzekucji. Pochwalił się tą zbrodnią kilka miesięcy póżniej prowadząc szkolenie w kieleckim Kripo. Nazwał prezydenta „kupką mięsa”. W tym czasie Wittek mieszkał w gminie Słupia Nowa, gdzie miał opinię polskiego patrioty.
Błąd kieleckiego wywiadu ZWZ
Ekspozytura wywiadu ZWZ w Kielcach już w 1940 roku uzyskała informację, że Wittek jest agentem Gestapo. W budynku kieleckiego Gestapo ma przydzielony pokój służbowy w którym przechowuje swoje akta oraz prowadzi przesłuchania. Nie poinformowano o tym placówki ZWZ w Słupi Nowej, gdzie Wittek mieszkał na stałe. To wielki błąd kieleckiego wywiadu.
Doktor Bogusław Łuszcz.
Doktor Bogusław Łuszcz – wspaniały żydowski lekarz ze Słupi Nowej. Leczył, bardzo często bezpłatnie, mieszkańców przed wojną i w czasie niemieckiej okupacji. Dobry lekarz i porządny człowiek. Od 1931 do 1939 roku był lekarzem więziennym na Świętym Krzyżu. Pracował tam 7 dni w tygodniu po 3 godziny z pensją 301 złotych miesięcznie. Więżniowie i strażnicy mówili tam o nim tylko bardzo dobrze.
Ale po wybuchu wojny także doktor Łuszcz znalazł się na celowniku Wittka. I to wtedy, kiedy Wittek jeszcze udawał polskiego patriotę. Doktor podpadł gestapowcowi i mogło to się skończyć tragicznie. Los chciał inaczej.
Doktor Bogusław Łuszcz zmarł śmiercią naturalną 25 lutego 1941 roku. Dokładną datę jego śmierci podał krakowski dwutygodnik „Przegląd Lekarski” – wydany 1 lipca 1945 roku. W czasie pogrzebu doktora Łuszcza w oknach prawie każdego domu w Nowej Słupii paliły się świece.
Maski opadły. Wittek kontra Ptak.
Maski opadły w kwietniu 1941 roku. Burmistrzem w Słupi Nowej był Erwin Ptak. Przybył tu z Mysłowic, gdzie przed wojną był sztygarem w kopalni. Znał dobrze język niemiecki. Nie lubił Wittka. Mieli ze sobą jakieś osobiste porachunki. Złożył na niego donos do kieleckiej żandarmerii, że działa na szkodę Niemiec.
Wittka aresztowano i wywieziono do Kielc. Ale po dwóch dniach Wittek wrócił do Słupi Nowej. Był w czarnym mundurze Gestapo. Miał empi i pistolet. To była sensacja w całym mieście i regionie. Teraz było już wiadomo, kim jest naprawdę Wittek.
Ptak został aresztowany przez żandarmerię i wywieziony do obozu w Auschwitz. Przeżył wojnę i wrócił na Śląsk. Wcześniej jako burmistrz budził strach mieszkańców Słupi Nowej. Był dobrze zbudowany. Mieszkał na poczcie.
Gdy wychodził na ulicę to robiło się pusto. Szczególnie niebezpieczny był wieczorami, kiedy pijany chodził w białych spodniach po ulicach. Kto mógł krył się, bo Ptak lubił czasami strzelać do Polaków.
Nie był normalny, bo gdy jego żona rozpaczała po śmierci 2- letniej córeczki to wykopał trumnę i przyniósł do domu. Wtedy jego żona straciła zmysły. Ale faktem jest, że to właśnie Ptak nieświadomie pomógł zdemaskować prawdziwe oblicze Wittka, któremu byłoby wygodniej udawać nadal polskiego patriotę i penetrować polskie organizacje.
Terror
Po aresztowaniu Ptaka Wittek został tymczasowym burmistrzem w gminy Słupia Nowa. Pełnił tę funkcję przez trzy miesiące. Masowe aresztowania i egzekucje zaczęły się od tych, których Wittek wciągnął do organizacji „Orła Białego”. Rozstrzelano kilkuset Polaków. Masakra.
Terror szalał w całym regionie świętokrzyskim. Nowa Słupia, Bodzentyn, Wzdół Rządowy, Michniów i inne miejscowości tonęły we krwi. Zabijano całe rodziny, palono żywcem ludzi, palono całe wsie. Wittek był w swoim żywiole.
On sam zastrzelił w majątku Janeckich właściciela, jego dwóch synów i narzeczonego córki, choć często bywał w tym domu przed wojną i był tam gościnnie przyjmowany.
Wittek pali polskie dzieci
Opowiada Antoni Ponikowski – nauczyciel ze Słupi: ” W 1942 roku w Hucisku Wittek aresztował rodzinę Pastuszków- małżeństwo i dwoje dzieci- podejrzanych o kontakty z partyzantami. Na rampie koło stacji kolejki leśnej pokazał swoje bestialstwo. Wrzucił dzieci do rozpalonego ogniska i żywcem je spalił na oczach rodziców, których potem zastrzelił”.
Egzekucje w Słupi Nowej
29 czerwca 1942 roku Niemcy rozstrzelali w Słupi Nowej kilkadziesiąt osób. Kazali przyglądać się tej egzekucji wszystkim dzieciom i kobietom z miasteczka. Wittek twierdził, że: „ponad połowa mieszkańców Nowej Słupi należy do bandy lub bandytom pomaga”.
7 lipca 1942 roku to nowy wstrząs dla mieszkańców Słupi Nowej. Na rynku powieszono kilkudziesięciu Polaków. Kobiety i dzieci znowu musiały oglądać to „widowisko”. Do wieszania skazańców zmuszono miejscowych Żydów. To był wstrząsający widok.
Zapłakane kobiety i dzieci, które nie chciały oglądać egzekucji schowały się w kościele. Ale wpadli tam Niemcy i jeden z nich krzyknął łamaną polszczyzną: „Święty Boże nie pomoże, wynocha z kościoła”. Dla Niemców egzekucja była widowiskiem teatralnym, a Wittek stojąc wśród grupy oficerów z szatańskim uśmiechem patrzył jak giną Polacy.
W Słupi Nowej pod Skałką pochowanych jest 200 Polaków rozstrzelanych przez niemiecką żandarmerię od marca do maja 1943 roku. Dowódcą tej zbrodniczej formacji był oberleutnant Albert Schuster zwany Katem Łysogór.



Dowódcy ZWZ w Słupi Nowej
Dowódcą placówki Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) Słupia Nowa był inż. Stanisław Tatarowski ps.”Kalif”, a jego zastępcą Stanisław Mikołajczyk ps.”Harpun”, który na polecenie organizacji wstąpił do policji i zawarł znajomość z Wittkiem.
Stał się jego kompanem w towarzyskich spotkaniach przy kieliszku. Zdobył mnóstwo informacji i uratował wielu ludzi. Na rozkaz ZWZ próbował otruć Wittka. Nie udało się, bo trucizna była za słaba. Listy adresowane na posterunek policji w Słupi były przeglądane przez Mikołajczyka, a zagrożeni Polacy ostrzegani.
Miejscowa ludność nie podejrzewała, że najbliższy kumpel Wittka jest polskim patriotą i nieustannie naraża swoje życie. Odnosiła się do „Harpuna” z lekceważeniem i pogardą. Wtajemniczeni nie próbowali prostować złej opinii o nim.
Stanisław Mikołajczyk ps.”Harpun” na skutek donosu do Gestapo został zdemaskowany i aresztowany przez Wittka w maju 1941 roku. Zdążył zażyć cyjanek. Uniknął tortur i zmarł nikogo nie wydając. Bohater.
ZWZ kontroluje pocztę
Związek Walki Zbrojnej w Słupi Nowej już od 1940 roku kontrolował listy przechodzące przez miejscowy urząd pocztowy. Szczególnie zwracano uwagę na listy pisane do Niemców. Przejmowano anonimy. Robił to listonosz Stanisław Kaczmarski – członek ZWZ. Uratowano w ten sposób wielu Polaków.
Jego najbliższym współpracownikiem był 11-letni chłopiec Adaś Sala – sierota, który doręczał zwykłe listy i jednocześnie doręczał tajną pocztę szefowi wywiadu Józefowi Łojkowi. Kierowniczka poczty Z. Ptak domyślała się co robi Kaczmarski, ale nie wydała go Niemcom, bo była w nim szaleńczo zakochana.
Ucieczka Wittka do Kielc.
Od kwietnia 1941 roku w ciągu kilku miesięcy Wittek osobiście zastrzelił kilkudziesięciu Polaków. Zawsze chodził z ręką w kieszeni. W obu kieszeniach nosił przy sobie dwa odbezpieczone pistolety. Był gotowy do błyskawicznego strzału.
Gdy jakiś Polak mu podpadł nawet z błachego powodu, to strzelał. Typowy bandyta. W niedziele zawsze stał przed kościołem w Słupi Nowej i uważnie obserwował ludzi wychodzących po mszy.
Próbowano zlikwidować Wittka. Bez powodzenia. Robotnik leśny z okolic Końskich w odwecie za zamordowanie mu całej rodziny przez Wittka uderzył go w głowę, ale siekiera ześliznęła się, powodując tylko nieznaczne zranienie. Na tyle niegrożne, że Wittek zdołał go jeszcze zastrzelić.
Po próbie podpalenia jego domu wyprowadził się z Mirocic i zamieszkał w Słupi na rynku u Władysława Dutkiewicza. Z polecenia władz niemieckich członkowie ochotniczej straży pożarnej musieli pełnić wartę wokół tego domu i odpowiadali głową za bezpieczeństwo rodziny Wittka.
W pażdzierniku 1942 roku Wittek wystraszony zamachami na swoje życie przeniósł się z żoną i córkami na stałe do Kielc. Został zastępcą szefa Sipo i SD w Kielcach. Tuż przed wyjazdem z Nowej Słupi wyprowadził z aresztu członka ZWZ Bolesława Nowińskiego i zastrzelił go na ulicy strzałem w głowę.
Potem, gdy przyjeżdzał do Słupi, miał swój pokój noclegowy na posterunku policji. Ale, gdy czuł się bardziej zagrożony, wtedy nocował w siedzibie oddziału żandarmerii w schronisku w Słupi.

Szkoła konfidentów Gestapo.
Wittek był szefem siatki konfidentów kieleckiego Gestapo. We wrześniu 1941 roku utworzył w Kielcach specjalną szkołę dla gestapowskich agentów. Uczono łatwości nawiązywania kontaktów i zdobywania zaufania wśród Polaków, obchodzenia się z bronią.
Przeszkolonych agentów i agentki umieszczano w restauracjach, kawiarniach, w sklepach, zakładach fryzjerskich, na dworcach, w pociągach, w urzędach i zakładach przemysłowych. Wszędzie.
Wysyłano ich także jako domokrążnych fotografów w całym dystrykcie radomskim. W efekcie Wittek miał w swoim gabinecie kilka walizek zdjęć Polaków.
Niemcy dobrze płacili swoim konfidentom za donoszenie. Ich wynagrodzenie wynosiło 24 złote dzienne i dodatkowo 200 złotych za każdego Polaka wydanego Niemcom.
Szefowie Gestapo w dystrykcie radomskim.
Wittek miał swoich szefów. Najważniejszy to SS-Haupsturmfuhrer Paul Fuchs, który był w radomskim Sipo kierownikiem dwóch najważniejszych referatów: IV A-zwalczania podziemia i IV N-penetracji agenturalnej. W Radomiu od 1939 do 1945 roku. Awansował do stopnia pułkownika.
To gestapowski as do walki z polskim podziemiem na Kielecczyżnie, czyli w dystrykcie radomskim według niemieckiego nazewnictwa. Podlegał bezpośrednio Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy(RSHA) w Berlinie, gdzie pracował przed wojną.
Szef Gestapo w Kielcach SS-Haupsturmfuhrer Karl Essig był bezpośrednim dowódcą Wittka. Zaprzyjażniony z Fuchsem. Jednym z jego najlepszych konfidentów był szef okręgu komunistycznej PPR niejaki Wincenty Smelcerz.
Wittek współpracował blisko z SS-Oberscharffuhrerem Franzem Czokiem. Pochodzący z Chorzowa Czok był szefem referatu Gestapo w Skarżysku. Znał dobrze język polski. Miał rozległą siatkę konfidentów w dystrykcie radomskim. Był bezpośrednim szefem Jerzego Wojnowskiego ps.”Motor”- agenta Gestapo w Zgrupowaniu Świętokrzyskim „Ponurego”.

Rodzina Jaworskich ze Słupi Nowej.
W Słupi Nowej przy ul. Opatowskiej mieszkała patriotyczna rodzina Jaworskich. Jej przodkowie walczyli w Powstaniu Styczniowym. Często pomagali żołnierzom Armii Krajowej. Znależli się na celowniku Wittka, który podejrzewał ich o kontakty z polskim podziemiem. Jego konfidenci: Stefan Smużyński – wyjątkowo podły człowiek oraz antypolski policjant Kundera często obserwowali dom Jaworskich.
Józef Łojek, który był komendantem rejonu AK w Starej Słupi, opowiadał, że Smużyński jawnie pokazywał się z bronią za pasem. Nie chował pistoletów w kieszeni jak jego szef Wittek.
Na dodatek Smużyński chciał zmusić córkę państwa Jaworskich do małżeństwa. Odgrażał się, że jeżeli nie wyjdzie za niego za mąż to cała jej rodzina pożałuje tego. Powoływał się na Wittka.
Problem był poważny, bo u Jaworskich często przebywali i nocowali partyzanci ze zgrupowań AK. Szczególnie od komendanta „Mariańskiego” oraz inspektora „Jacka” (wśród nich radiotelegrafista Bolek „Boryna”, który nadawał depesze do Londynu). Ale na szczęście w tym miejscu nie było żadnej wpadki.
Akowcy ze zgrupowania „Mariańskiego” intensywnie działali w Słupi. Zlikwidowali pięciu szpicli, w tym komendanta policji granatowej. Bandy rabunkowe, w tym Lepierza, uciekły z tego terenu.
Taka ciekawostka. Otóż 18-letni Wojciech Has – słynny powojenny reżyser i scenarzysta („Rękopis znaleziony w Saragossie”, „Lalka”) pracował wtedy niedaleko Słupi Nowej i często odwiedzał rodzinę Jaworskich, szczególnie jedną z ich córek.
Śmierć Franciszka Jaworskiego
W połowie września 1941 roku ludzie Wittka – policjant Kundera wspólnie ze Smużyńskim – aresztowali Franciszka Jaworskiego – żywiciela wielodzietnej rodziny. Trafił do obozu śmierci w Auschwitz. Miał numer więżniarski 20794.
Dwa miesiące póżniej rodzina dostała telegram o śmierci ich męża i ojca. Niemcy informowali, że Franciszek Jaworski zmarł na zawał serca 12 listopada 1941 roku. Wtedy wszyscy Polacy w Auschwitz umierali na „zawał serca albo na zapalenie płuc”, bo takie telegramy otrzymywały ich rodziny. Zamordowano tam ponad 120 tysięcy Polaków. Transporty Żydów zaczęły się dopiero w 1942 roku.
Kilka miesięcy póżniej Smużyński został zastrzelony w zasadzce przez oddział akowski ppor. Euzebiusza Domoradzkiego ps.”Grot”, na czym najbardziej zyskała rodzina Jaworskich.
Smużyński odegrał główną rolę w rozszyfrowaniu podziemia w Bodzentynie. Jest odpowiedzialny za rozstrzelanie ponad pięćdziesięciu Polaków. Tragedię szczególnie odczuła rodzina Jana Pałysiewicza. Pałysiewiczowa straciła męża i czterech młodych synów. Została sama. Smużyński był ich krewnym.
Uratowani Jaworscy
Po wojnie na „liście śmierci” znalezionej w siedzibie Gestapo rodzina Jaworskich była pierwsza do rozstrzelania. Śmierć Wittka i Smużyńskiego oraz ogólne zamieszanie uratowało tą wielodzietną rodzinę przed zagładą. Po wojnie rozjechali się po Polsce.
Alina i Wiesława zamieszkały w Szczecinie, Wanda i Artur w Pyrzycach (niedaleko Szczecina), Henryk zamieszkał w Warszawie, a Walerian ze Zdzichem w Głogowie. Ich matka Julia została w Słupi Nowej, zaś ich babcia- podpora całej rodziny- Marianna Stujowa zamieszkała z Wandą w Pyrzycach gdzie zmarła w 1954 roku.
Kolejne ofiary konfidentów Wittka
Dowódca oddziału AK osłony radiostacji okręgu ppor. Jan Kosiński „Inspektor”, „Jacek” i jego zastępca sierż. Kazimierz Rybczyński „Sokół” to kolejne ofiary konfidentów Wittka. Obaj zatrzymali się u znajomych w Słupi Nowej. Po omówieniu spraw organizacyjnych z komendantem placówki mieli na drugi dzień wyjechać.
Nie zdążyli. Rano 28 listopada 1943 roku miejsce ich pobytu zostało otoczone przez żandarmów z Bielin, którzy otrzymali telefoniczny donos z podaniem adresu domu. Obaj partyzanci podjęli nierówną walkę. Zginęli.
„Jacek” i „Sokół” pochowani zostali nocą w mogile powstańców styczniowych 1863 roku na cmentarzu parafialnym w Słupi Nowej. W lipcu 1944 roku do tej samej mogiły zostały złożone zwłoki sierż. Zbigniewa Dusia „Sierpnia”, który zginął 29 czerwca 1944 r. w Opatowie podczas likwidacji szefa Gestapo.
Nieudane zamachy na Wittka
Od pażdziernika 1942 roku do czerwca 1944 roku przeprowadzono kolejnych 9 zamachów na Wittka. Dopiero ten ostatni okazał się skuteczny. Wittek miał niesamowite szczęście. Albo żona zasłoniła go przed zamachowcami i została ranna, albo z odległości 1 metra od jego głowy nie wypalił pistolet akowski.
W maju 1943 roku, oddział AK „Grota” zrobił zasadzkę na drodze Bodzentyn – Słupia Nowa. Zginęło 8 żandarmów i szpicel gestapo Smużyński. Wittka nie było w samochodzie. Wcześniej zmienił plany i pojechał do Kielc. Akcję tą opisał jej uczestnik , legendarny ppor. Marian Świderski ps.”Dzik” , w swojej książce „Wśród lasów , wertepów” (wydana w 1983 roku).
Na początku lipca 1943 roku Wittek dostał 14 kul z akowskich stenów. Partyzanci z oddziału „Wybranieckich” por.”Barabasza” , specjalnie wysłani do Kielc w celu likwidacji gestapowca, byli przekonani, że tym razem go zabili. Ale Wittek przeżył, bo miał na sobie stalową kuloodporną koszulkę. Był ciężko ranny w nogi i ręce. Leżał w szpitalu kilka miesięcy. Od tego zamachu był już mniej sprawny fizycznie.
20 kwietnia 1944 roku zamachu na Wittka dokonał dowódca jednego z oddziałów dywersyjnych AK , Zbigniew Kruszelnicki ps. „Wilk”. Wieczorem, po godzinie 22 , strzelał do Wittka i drugiego gestapowca. Wittek przeżył symulując śmierć upadkiem na ziemię.

Doktor Józef Kalisz
Doktor Józef Kalisz miał opinię znakomitego chirurga. Dobrze zapisał się w pamięci mieszkańców Kielc, a zwłaszcza wśród konspiratorów. Był członkiem ZWZ/AK. Często leczył rannych partyzantów w lesie, wykonywał także operacje w szpitalu. Operował udanie córkę Wittka, a jemu samemu uratował życie po zamachu w lipcu 1943 roku, kiedy wyjął mu z nóg 14 pocisków i pozestawiał potrzaskane kości.
Wittek po wyjściu ze szpitala przychodził do doktora Kalisza na zabiegi i naświetlenia. Miał do niego pełne zaufanie. Zwierzył mu się, że zdecydował się wyjechać z Polski. To był jego błąd, bo dr. Kalisz natychmiast zawiadomił w trybie pilnym AK.
Komenda Okręgu AK otrzymała wiadomość, że Wittek zdecydował się wyjechać z Polski. Ma już paszport do Hiszpanii, stamtąd planował wyjazd do Argentyny. Nie można było dopuścić do jego wyjazdu. Czasu było oraz mniej, ponieważ 17 czerwca Wittek miał na zawsze opuścić Kielce .
Grupa likwidacyjna AK
W tempie alarmowym zmontowano skład ekipy i wyznaczono dzień 15 czerwca 1944 roku na wykonanie wyroku. W tym najważniejszym zamachu, bo zakończonym sukcesem wzięło udział sześciu żołnierzy Armii Krajowej.
Byli to : dowódca grupy likwidacyjnej ppor. Kazimierz Smolak ps. „Nurek”, ppor. Zygmunt Firlej ps. „Kajtek”, Jan Karaś ps. „Karol”, Józef Skoniecki ps. „Bąk”, Roman Kacperowicz ps. „Szarada”, Jan Likowski ps. „Milcz”.
Dowódca ppor. Kazimierz Smolak ps.”Nurek”
Ppor. Kazimierz Smolak ps.”Nurek” był kurierem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Londynie zrzuconym ze spadochronem do Polski z ekipą cichociemnych we wrześniu 1943 roku. Był kurierem cywilnym, a więc nie przeszedł w Anglii pełnego przeszkolenia tak jak 316 cichociemnych.
„Nurek” pracował jako radiotelegrafista w rejonie Kielc dla Delegatury Rządu, ale nie ograniczał się tylko do pracy „drucika”. Zgłosił się na ochotnika i dowodził akcją likwidacji Franza Wittka.

Miejsce zamachu
Wittek mieszkał w dzielnicy niemieckiej przy ul. Focha. Miał zaledwie kilkadziesiąt metrów do siedziby Gestapo. Codziennie rano przechodził w asyście Niemców do budynku Gestapo.
Tylko przed domem Wittka mógł nastąpić zamach, bo rzadko poruszał się poza ul. Focha. Szanse uratowania zamachowców były minimalne, bo wokół było pełno uzbrojonych Niemców. Mimo to nie brakowało chętnych do wzięcia udziału w akcji.

Likwidacja Wittka
Gestapowiec Wittek został zastrzelony 15 czerwca 1944 roku o godz. 10 na ulicy Focha w pobliżu siedziby Gestapo. Gdy wyszedł z bramy swojego domu podbiegli do niego dwaj zamachowcy.
Ppor. Zygmunt Firley ps.”Kajtek” (z kieleckiego Kedywu) z odległości 2 metrów strzelił z empi serię w brzuch Wittka, a potem w głowę. Kiedy Wittek już leżał na ziemi ppor. Kazimierz Smolak ps. „Nurek” strzelił z dwóch visów w głowę leżącego, żeby już nie było wątpliwości, że ożyje.

Bezpośredni wykonawca wyroku na gestapowcu Wittku w dniu 15 czerwca 1944 roku.
Naprawdę nazywał się Dudek. Nazwisko Firley przyjął po swojej matce, aby po wojnie uniknąć represji ze strony władz komunistycznych. Podczas okupacji mieszkał wraz z rodzicami i siostrą w Zalesiu koło Kielc.
„Szarada” seriami ze stena skierowanymi w siedzibę Gestapo uniemożliwił gestapowcom ostrzeliwanie ulicy z okien i wstrzymał chwilowo ich wyjście na zewnątrz. „Karol” ostrzeliwał Niemców na ulicy. Doszło do ulicznej walki. Zabito około dziesięciu gestapowców i żandarmów. Mnóstwo Niemców biegło z bronią gotową do strzału z różnych punktów Kielc. Syreny wyły przerażliwie.
Zginął siedemnastoletni „Szarada”. Ciężko ranny podczas odskoku ppor. Smolak „Nurek” został w nocy wykryty przez Gestapo i zginął w walce z Niemcami, chociaż pomagali mu żołnierze NSZ. Ranni zostali „Karol” i „Milcz”. Uszli cało „Kajtek” i „Bąk”.
Zemsta Niemców
To koniec historii zamachów na gestapowca Wittka i jednocześnie opowieści o bohaterskich mieszkańcach Nowej Słupi, Bodzentyna, Wzdołu Rządowego, Michniowa, Bielin i całej Kielecczyzny.
Po zamachu na Franza Wittka, hitlerowcy rozstrzelali około dwustu Polaków. Ale bestia, już nikogo więcej nie wydała na Gestapo. Cześć i chwała Polskim Bohaterom.

Zakończenie
Gestapowiec Wittek, sadystyczny morderca Polaków, został zabity przez żołnierzy AK. To jest najważniejsze. Zamachy na niego można podzielić na zaplanowane i spontaniczne przeprowadzane przez zrozpaczonych Polaków po utracie bliskich. Zdziwienie budzi tak duża ilość nieudanych zamachów zleconych przez Komendę Okręgu Radomsko- Kieleckiego AK.
Armia Krajowa była armią ochotniczą , a wykonawcami byli bardzo młodzi żołnierze. Wielu z nich nie przekroczyło 21 roku życia. To nie byli zawodowi żołnierze czy policjanci , bo gdyby tak było to przed akcją dokładnie sprawdziliby broń oraz kiedy Wittek leżał postrzelony na ulicy dobiliby go strzałem z bliska w głowę.
Literatura.
Zainteresowanych tym tematem zachęcam gorąco do przeczytania książki Marii Michalczyk – „DIABEŁ PIĄTEJ KOLUMNY” , wydanej w 1986 roku w nakładzie 40 tysięcy egzemplarzy. To wartościowa, żródłowa książka, oparta na dokumentach i bezpośrednich rozmowach autorki ze świadkami wydarzeń. Maria Michalczyk była w czasie wojny szefem wywiadu wojskowego Armii Krajowej w placówce Dolno w Górach Świętokrzyskich.
© ( MARB )